czwartek, 20 kwietnia 2017

Autobusy i inne przypadki.

Chcąc nie chcąc musiałam wybyć dziś gdzieś komunikacją dalej niż do Kingi szkoły do której i tak chodzę piechotą. O tyle, jest to dziwne, że ostatnimi tygodniami, albo poruszam się będąc wożona samochodem, albo nie ruszam się wcale.
No ale badania się same przecież nie zrobią. Kuba wrócił już do pracy, więc chcąc nie chcą naprawdę musiałam wybrać łódzką komunikację miejską. I nie, Łódź nie łączy jak to dumnie reklama głosi, bo dzień przed wyprawą mocno na główkowaliśmy się z mężem nad dobrym połączeniem, na szczęście jedno takie dogodne dla mnie się znalazło.


Wstałam więc o 6.30, powlokłam się, by się ogarnąć i poszłam żwawym krokiem do przystanek. O dziwo pusty. Już się miałam ucieszyć gdy, nagle dotarło do mnie, że no pusty bo ludzkość wpakowała się już do autobusu który przed momentem odjechał, i druga ludzkość właśnie przybyła na mój przystanek. Mniej przestało mnie cieszyć gdy ta ludzkość wsiadła ze mną do autobusu, niestety już zajętego w prawie każdym możliwym koncie.
I tak o to zaczęła się moja podróż. Skasowałam grzecznie bilecik, i stanęłam przy oknie, modląc się, by nikt mnie i mojego brzucha nie staranował. Mam lekką psychozę na tym punkcie, żeby potomek wyszedł z tego cało i zdrowo. Stoję i patrzę, na ludzi.
Bah, zwolniło się jedno miejsce, natychmiast w stronę miejsca rzuciło się kilkoro ludzi, młoda dziewczyna była szybsza, więc siedzi.
Obok mnie stoi, wymalowana kobieta około siedemdziesiątki, i trzyma wózek, na kółkach. Niby nic ale z higieną to ona na bakier była.
Zmiana narybku. Na jednym z większych przystanków ludzie najpierw z autobusu się wylali, i wlali następni. Ustawiła się za mną pani, i niby to nic ma prawo przecież, gdyby nie to, że cieszyłam się, że stoję do niej tyłem, bo co sekunda kaszlała. Tak zgadliście, nie zasłaniając ust.
Uff, mój przystanek, wysiadam, siadam na ławeczce i czekam na drugi transport. Pięć, minut, dziesięć. JEST! Wsiadam, pusto, jak zwykle na tej trasie. Usadawiam swoje cztery litery na krześle, tyłem do kierunku jazdy, bo tak lubię.
I znów ewenement, dostrzegam kobitkę która jest pociągająca. Nosem oczywiście. Nie, chusteczka w dzisiejszych czasach, to rzecz zbędna, czasem wydaję mi się, że wręcz obca, no nic smarcze sobie radośnie dalej. A psiuuu! Sru w moją stronę. Naprawdę? Pytam sama siebie i obserwuję ją dalej, kicha, kaszle, i wszystko to radośnie rozpyla po autobusie, nie zastanawiając się czy może kogoś zarazi, czy jak czy co? O drodze kropelkowej, pewno nie słyszała.
No nic, siedzę dalej, obserwuję świat zza szyby. Cel osiągnęłam, dotarłam tam gdzie miałam dotrzeć.
Załatwiłam i wracam.
Trasa spokojna, nic się w autobusie nie działo, przynajmniej tym pierwszym w drodze powrotnej, cisza spokój, za oknem, las. Ktoś nade mną czuwa, bo wysiadłam z jednego autobusu i od razu miałam następny, co jest rzadkie w Łodzi. Wsiadam, nawet udaje mi się usiąść ma końcu, tak by nikt na mnie nie kaszlał, i nie dychał. Przytuliłam się jak najbliżej szyby i obserwuję tyły.
Siedzi pani lubiąca gradient panterki, ale to już co kto lubi, nie mnie oceniać. Wsiadła też pani, ubrana w fajną różową kurtkę.
"Dzień dobry, proszę naszykować bilet" - powiedziała miłym głosem, i pani w panterce uciekła do drzwi.
Dziękuję twórcom aplikacji w której mogę kupić bilety. Dziękuję, za to pani w panterce, biletu nie miała, widziałam na przystanku.
O zapomniała bym wspomnieć, że za mną siedziała para. Pan zakochany obejmował wybrankę, która wyrzucała mu wszystkie jego grzechy "bo nie słuchasz, i nie kochasz".
I tak o to w radosnej atmosferze, "Łódź łączy" dotarłam do celu i z powrotem. 

1 komentarz:

  1. Komunikacja miejska rozwala system. Ale przynajmniej jest kolorowo... :)

    OdpowiedzUsuń