sobota, 17 listopada 2018

Dziecko pajac.

Mam przychówek, jak wiadomo, albo i nie składa się z dwójki dzieci. Chłopca i dziewczynki. Kinga ma już osiem lat, i to od niej zacznę tą zacną opowieść.

Kiedy zaszłam w ciążę, byłam tak naprawdę jeszcze młoda głupia, i niedoświadczona życiowo, nie żebym teraz była, ale w lutym nastąpi u mnie zmiana kodu na trzy z przodu, a wtedy gdy zaszłam, było to raptem 20... Ale do rzeczy, bo oczywiście, tracę wątek. Dziecie chciane, wyczekane. Gdy dowiedziałam się, że będzie córka, od razu wiedziałam, że nie kuźwa, odpadają róże, i słodkopierdzący kicz dziewczęcy. Traf chciał, że życie rzuciło mnie i wybranka, w moment w którym kasy było jak na lekarstwo.

Nie kupowaliśmy standardowej pięknej wyprawki, większość odziedziczyliśmy, po synach... Tak, synach mojej chrzestnej. I tu wyszło, że nie powielę, słodkopierdzącego różu. Nie powiem, raz pod wpływem chyba hormonów, u mnie a u mojego męża nie wiem miłości do córki kupiliśmy jej (jeszcze wtedy w brzuchu) kieckę za 50zł co uważałam, za dobry żart, ale czego się nie robi dla dobra dziecka. I dla księżniczki.

Urodziła się ta nasza księżniczka, i kupiłam od piguły różowy komplet na szydełku robiony. Cholerne hormony.

I tak o to moje dziecko posiadało jedna kieckę na wielkie okazje, bo tak to ja jako matka córki nie popisałam się za bardzo, bo dziecko chodziło w samych rajtkach, i bodziaku by mogło się rozwijać.

Nie było róży, ale były niebieskości, zielenie, szarości, i było jej naprawdę ładnie.

Ale odbiegłam znów od tematu, a chciałam powiedzieć, że nie pojmuję tego ubierania dziewczynki w róże, a chłopców w niebieskości. Totalnie bez sensu.

Teraz Panicz, ubierany jest w róże. Może nie są to hurtowe ilości, ale jednak, ma różowe bodziaki. Bo tak, bo po prostu. I ładnie mu :).

I nie rozumiem tego narzucania, że dziecko to nie może być ubrane, w np, czarną bluzkę, bo musi być na kolorowo. Jak kuźwa klaun. Albo dziewczynka w tiule, jak beza. Nie dość, że niemowlaki, jak to niemowlaki same z siebie wyglądają jak pączki, to jeszcze nieszczęsne, tiule i koronki, i siedzi potem taka, beza, i ruszyć się nie może bo tiul się miedzy łapy dostaje.

Albo w tym wszystkim ja, jestem jakaś walnięta. Albo to świat oczywiście narzucił nam coś co musi być robione pod kogoś widzi mi się. A mnie się nie widzi.

Do tego teraz moja córka chodzi w różu, bo tak chce, bo ma prawo wyboru i zakłada dwie różne skarpetki, co dla mnie jako dorosłej jest co najmniej nie spoko, ale dla mniej już tak. I mimo, że złoszczę się, mówiąc jej, że wygląda jak pajac, to w sumie co mi do tego, skoro ja łącze ze sobą coś co nie powinno się łączyć. Bo tak i już.

Więc dlaczego dzieci, nie możemy ubrać w ładna czerń? Albo chłopca w róż?
Bo pajac? Bo pederasta wyrośnie?

A hust! Moje dziecko moja sprawa i lubię jak dziecko ubrane jest w czarne. :)

Oto tym optymistycznym akcentem kończę tą notkę.

Dobranoc państwu.

czwartek, 11 października 2018

Zepsuty termostat

Wiecie, że jest październik?

To taki miesiąc w którym zazwyczaj jest już zimno, plucha i w ogóle.

Ale nie! Tym razem jest pięknie! Polska złota jesień! I tak niech pozostanie, bo dla mnie może być nawet i taka zima.

Ja wiem, wiem, że herezje, że zepsuty termostat, tam na górze. Ale serio, niech go nie naprawiają. Jest cudnie!

Jedyny problem jaki mam to z tym, że nie wiem jak ubrać siebie i pacholęta. Ubiorę w rajtki i spodnie, to starsza buczy, że ZA GORĄCO. Ubiorę młodsze do wózka w kurtkę, i też jest źle bo widzę, jak po nosie skapują mu krople potu.
Do diaska myślę, sama też już utopiona, w sosie, bo przecież ubrałam się w sweter i kurtkę, bo przecież Syberia, piżdzirnik i takie tam.

Ale nie, żebym narzekała, serio jest cudnie.

A teraz powiem wam hita nad hitami.

Widziałam dziś komara! A to już kurde nie fajnie. Bo jednak ciepło, ciepłem, niech sobie będzie. Moje ukochane kolory teraz aktualnie występują, ale no żeby komar? No jak to tak?

I nie wiem gdzie poleciał, bo bym zaukła by mi nie bzyczał. A tak tu ZONK. Gdzieś poleciał.

I o to, w tą piękną jesień, zostanę pewnie w nocy pogryziona przez komara samobójcę.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Cooki! - czyli najlepsze wafle na świecie.

Wiecie, są takie smaki dzieciństwa które w dorosłym życiu chętnie powielamy. Ja mam takie, właśnie, między innymi jest to zupa ogórkowa którą w moim domu jem tylko ja ( no może Michał też będzie amatorem takowej :) ), albo "chleb na mleku", ale dziś dziś ani o ogórkowej, ani o chlebie a będzie o waflach.

Moja mama takie robiła. Uwielbiałam je! I powiem szczerze 10 lat minęło a ja dopiero teraz odtworzyłam smak dzieciństwa. :)


Tak, że tego, do dzieła!

Co potrzebujemy?

- kostkę masła (kiedyś robili z margaryny, ale ja wolę masło).
- paczkę wafli tortowych - ja użyłam czterech, jeden mi został to go zjadłam.
- kakao - 2 łyżki. (ja miałam Puchatka)
- mleko w proszku pełnotłuste - ponoć dwie szklanki, ja dałam na oko.
- trochę cukru - tak 3/4 szklanki.
- pół szklanki mleka.

- opcjonalnie blender


Jak zrobić?

W rondelku rozpuszczamy masło, najlepiej na małym ogniu, by nie spalić.
Dodajemy do rozpuszczonego masła cukier, mleko i kakao, mieszkamy by nie powstały gródki, na sam koniec dodajemy mleko w proszku i tutaj albo energicznie mieszamy albo używamy blendera, aby pozbyć się grudek. Ciut zwiększamy ogień, by masa zgęstniała.

Jak masa ostygnie, to nakładamy na pierwszego wafla według uznania. Mniej, więcej zależy jak lubicie. Potem nakładamy następnego wafla na tego już z kremem i go smarujemy. I tak do końca robimy przekładańca.

Powiem tak, krem smakował lepiej niż Milka, wylizałam blender z niego! :D A wafle poszły w jeden wieczór.

Czy tak powinno mieszać się składniki? Nie wiem, ja tak zrobiłam i było dobrze, ale czy Wam wyjdzie? Mam nadzieję, że tak. Gwarantu Wam nie dam, ale spróbujcie bo warto!

Smacznego!