czwartek, 21 września 2017

Ślimaki atakują czyli Vis Plantis - Balsam do ciała nawilżający


Ślimaka też przywiozłam z nad morza. Wiecie, ja to jestem leń, nie chciało mi się tachać, ze sobą balsamu nawilżającego. Po za tym mam wszystkie balsamy w niezbyt fajnych opakowaniach w plastikowym słoiczku, duże prawdopodobieństwo, że miała bym je wylane. po całej kosmetyczce.

Ślimaka jak go pieszczotliwie nazywam, zakupiłam od tak po prostu, bo w sklepie był mały wybór takich kosmetyków.

Tak, dobrze myślicie, okazał się strzałem w dziesiątkę.

1. Ma pompkę - na wakacjach ideał, bo nawet jeśli korzystała z niego jeszcze jakaś osoba, to po prostu był higieniczny.
2.Ma zajefajną konsystencję, niby to, balsam, niby to krem. Łatwo wydostaje się z pompki. Taki lotion (?).
3. Szybko się wchłania. Serio. Nawet jeśli się umyłam, płynem pod prysznic z oliwką, to ten balsam i tak się ładnie wchłoną, nie pozostawiając tłustej warstewki.
4. Nawilżał, co ważne, bo moja skóra jest przesuszona, do tego, rosnący brzuch swędział, a to dawało radę. Więc super.
5. Hiper super wydajny. :)
6. Ładnie pachnie.
7. Ślimaki nie ucierpiały w jego produkcji. Co też jest super.

Pewnie do niego, nie raz wrócę. Cenie sobie, kremy które nie pozostawiają warstewki i ładnie się wchłaniają, dając uczucie nawilżenia.
Ogólnie mogę polecić, bo nie spotkałam na razie lepszego, ten jest moim faworytem.

poniedziałek, 18 września 2017

Week plums # 1 - Smarki, i inne pedagogiczne starcia


Witam, w ten piękny poniedziałek. Co prawda tyłek mi zmarzł, nie na żarty, gdy odprowadzałam córę do szkoły. Dziś zapraszam, Was, na notkę z wydarzeniami, z całego tygodnia. W sumie, nic się nie działo, a tak wiele za razem. :)

Weekendzik nam minął. Szalenie szybko. Poprzedni tydzień, też. Wiele, wiele rzeczy się działo. A co? Już mówię.

Od poprzedniego poniedziałku nastawieni byliśmy na walkę, ze szkołą. Nasze dziecko, ma problemy z zachowaniem, ale nie są to takie problemy by nie dało się tego jakoś u niej uspokoić, niestety, nauczyciele to nauczyciele, i zwykła zabawa, dziecka urasta do problemów psychicznych. Poniedziałek, i wtorek minął na układaniu planu, jak tu zaprzestać gnębienia Kini. Na pomoc przyszła moja teściowa. Mnie mąż na wywiadówkę czwartkową nie zabrał niestety. Czy dobrze się sprawa zakończyła? Nie wiem, wyjdzie w praniu.

Weekend. Ten to był dopiero szalony. Choć w sumie dni jak dni, gorzej, z nocą. Ale do rzeczy. Po przyjeździe do Łasku okazało się, że nikt z nas, nie wpadł na to, żeby wziąć ze sobą klucze. Po raz pierwszy widziałam, by mój mąż przeskakiwał przez bramę. (Kinga nie chciała, bała się.) Udało się, bramę otworzył kluczami od dziadków. :)

No i rozpoczęliśmy łikend, pełen smarków, kichów, kasłań, bo stary dostał alergii takiej, że będąc z nim 10 lat, nie widziałam by tak smarkał. W dzień, jeszcze jako tako, ale z soboty na niedzielę, to było jakieś apogeum.

Smark, kich, ekhee, smark, kich, ekheee. I tak cały czas. Wywaliłam go z wyra. Wywaliłam go na dwór. I nie dlatego, że mnie wnerwiał, (w sumie to też), ale wiedziałam, że to pomoże choć trochę. Pomogło, na 5 minut. Wrócił i od początku smark, kich, ekhee... Wywaliłam go drugi raz, do samochodu. Dałam, kołdrę, kocyk, kazałam ubrać się ciepło.
Za 10 min, wrócił, i gada, że go kołdra uczula. No fack!
W sumie nie było sensu się kłaść, bo godzina była 5.30. Po wypiciu kawy, Kuba poszedł spać, do pokoju, brata, a ja spałam tam gdzie spałam. Pół przytomni o 9.30 zjedliśmy śniadanie i wróciliśmy do domu. I to była najlepsza możliwa decyzja. Kubie gile przeszły już  w samochodzie. Mniemam, że uczulił go kocur, albo pieseł, albo wszystko razem.

Po za tym tydzień należał do spokojnych. Ja jak zwykle miałam schizy, bo kobiety w ciąży mają schizy, a ja mam je podwójne, bo ja to ja.

Zrobiliśmy stolik kawowy, który swoją premierę, na blogu będzie miał także, ale w swoim czasie. Kiedy? Nie wiadomo.

Dostałam od mamy storczyka, i mam nadzieję, że będzie bardziej chętny do kwitnięcia niż ten który posiadam. :)

I tak to, czas u nas się kręci.

niedziela, 10 września 2017

Czas nauczyć się fruwać!

Zdjęcie ukradzione, od męża. KLIK!
Idę sobie spokojnie, z rodziną, po chodniku. Z oddali widzę samochód zaparkowany na chodniku i już wiem co myśli mój mąż. To samo co ja...

"Nie którzy to jednak prawa jazdy mieć nie powinni". - Jak się okazało w środku samochodu siedzieli ludzie. Dwie panie.

Mój mąż przechodzi pierwszy koło samochodu i komentuje tak jak wyżej napisałam (całkiem spokojnie, jak na niego) , a, że ja z racji stanu błogosławionego, człapałam wolniej to przechodząc obok, usłyszałam odpowiedź pani kierowcy.

- "Czyżby?"-

No szlag mnie jasny poniósł! To była chwila moment, jak stanęłam i odparowałam, że jak by nie wiedziała, to stoi na chodniku, a ja mam prawo spokojnie przejść po tym chodniku!

- " No przecież, jest miejsce" - Ehe, tyle, że ja w zaawansowanej ciąży nie była bym w stanie przejść, baa moja szczupluteńka córka nie była by wstanie! No ale przecież pani stoi nadal.

-" Po za tym mogła pani poprosić" - no jasne! I co jeszcze?
Odparowałam, że chyba zgłupiała, że niby ja mam ją prosić, by zrobiła mi łaskę,i odjechała.

Jestem w stanie wiele zrozumieć, ale nie to, że ktoś jest po prostu bezczelny. Uważam, że chodnik jest dla pieszych. Nie, chodzi mi o to, że sobie roszczę przywileje, z z tytułu tego, że jestem w ciąży, ale chodnik, jest dla ludzi chodzących, nie jako parking dla samochodów.

Ah zapomniała bym wspomnieć, w około pełno miejsc parkingowych było wolnych. :)